Wspomnienie przygody pozostanie ze mną.

"Tylko wspomnienie, to jedyne, co ocalało, jedyne, co pozostaje z życia" - R. Kapuściński


W życiu, jak z pogodą, bywa różnie. Jednego dnia świat szaleje, pędzi do przodu wiele się dzieje, a innego cisza i nudą wieje. DZISIAJ, miało pozostać niezapomniane.


Już poprzedniego wieczoru nie mogłam opanować emocji. Długo próbowałam zasnąć, wyobrażając sobie, jak pędzę na grzbiecie konia piękna doliną.




Albańskie góry są piękne o tej porze roku. Pełno tu kolorów, których intensywna i głęboka barwa, podsycana nieustannie padającym deszczem, daje wrażenie tajemniczości. Bujne zielone lasy, owce, kozy a nawet stada koni swobodnie pasące się na przydrożnych, górzystych łąkach przeplatają się z obrazem ostrych szczytów górskich pokrytych, gdzieniegdzie śniegiem. Piękne słońce występuje tutaj na przemian z ostrą ulewą i szalejącą burzą, po której wszystkie rzeki i potoki górskie przybierają na sile, często wylewając na okolicę. Pora deszczowa w Albanii jest piękna ale również surowa. Nieposkromione albańskie żywioły uświadamiają nam jak mali i bezradni tak naprawdę jesteśmy. Z przyrodą nie mamy szans. Możemy się tylko zaadaptować do sytuacji, tak jak te albańskie konie. To jedyna w swoim rodzaju rasa, połączenie Tarpana i konia Arabskiego. Gatunek idealnie przystosowany do tutejszych warunków.


Rano obudziła mnie mama. Patrząc na jej chaotyczne ruchy odniosłam wrażenie, że targają nią sprzeczne emocje. Obie byłyśmy podekscytowane. Nigdy wcześniej nie jeździłyśmy konno po górach.

Szybkie śniadanie, już mieliśmy wychodzić, gdy mamie przypomniało się, że zostawiła kalosze w przyczepie kempingowej, z którą przyjechaliśmy do Albanii. Nie dość, że wyszliśmy zbyt późno, to jeszcze wracaliśmy z trasy z powrotem, ponieważ nikt nie pomyślał o zabraniu torby z dokumentami i portfelem. Niestety przeżycia ostatniego roku odcisnęły swoje piętno na nas wszystkich. Staramy się zastąpić stres nową przygodą. Myślę, że wszyscy tego potrzebujemy.

Pomimo zimowej pory, dzień zapowiadał się słoneczny. Trochę tylko wiało. Mieliśmy do pokonania ok 40 km po górskich serpentynach. Droga niemiłosiernie się dłużyła. Niestety nie byliśmy w stanie niczego przyspieszyć. Ostre zakręty a na niektórych odwrotnie wyprofilowany asfalt czy ubytki barierek raczej nie dodawały nam skrzydeł. Tylko widok krów i owiec bezkarnie i bez żadnej kontroli wchodzących na drogę przerywał tą monotonię. Spóźniliśmy się godzinę. Kiepski początek.


Poziom adrenaliny w naszych żyłach podniósł się do tego stopnia, że ledwie obie panowałyśmy nad sobą. Popędziłyśmy do stajni i... ujrzałyśmy boksy "koni-krasnali". Niskie, niepozorne z uroczymi pyszczkami. Tak nam się wtedy wydawało. Dopiero w trakcie jazdy pokazały na co je stać.




W trasę wyruszyło 6 osób. w tym właściciele oraz my, szalone Polki szukające przygody. Przejażdżka zaczęła się niewinnie. Krótki odcinek po płaskim terenie całkiem spokojnym spacerkiem. To była tylko rozgrzewka dla nas. Potem, niby nadal stępem, pokonywaliśmy jeden pagórek za drugim. Droga pokryta była drobnymi i większymi kamieniami a gdzieniegdzie można było natknąć się na powalone gałęzie lub całe drzewa. Typowy krajobraz pod koniec pory deszczowej w Albanii. Strome zbocze, właściwie krawędź ze ścieżką i przepaść pod nami okazały się nie lada wyzwaniem. Schodzenie z góry zajęło nam trochę czasu ale widoki, po drodze, były bajeczne.

Na dole (co przyjęłam z wielką ulgą) czekała na nas prosta i w miarę nieskomplikowana droga polna. Miała to być chwila tzw "oddechu" przed następnymi wyzwaniami, jednak nie dane mi było odpocząć. Mój koń, Castor, ewidentnie się nudził i roznosiła go energia. Przejeżdżaliśmy właśnie przez teren jakiejś bazy wojskowej (zabroniono nam fotografowania w tym miejscu) gdy napotkaliśmy na przeszkodę. Spływająca z gór woda oraz burze pozostawiły po sobie wiele zniszczeń. Naszą drogę zablokowały powalone krzewy i gałęzie drzew. W dodatku było to na zejściu ze zbocza. Instruktorka krzyknęła do nas tylko, żeby zaufać koniom, bo one wiedzą najlepiej jak to pokonać i ruszyliśmy. Wszystkie konie, spokojnie przeszły po gałęziach ale.. nie Castor. Ten, rozochocony nadarzającą się okazją, postanowił przeskoczyć przeszkodę. Zapomniał tylko mnie o tym uprzedzić. Skończyło się solidnym upadkiem ale oprócz urażonej dumy (nas obojga) i kilku siniakach nic się nie stało. Oboje się pozbieraliśmy i kontynuowaliśmy przygodę.

Ukojeniem naszych nerwów okazała się cudna polana, na której mogliśmy "rozwinąć skrzydła" i puścić się w galop. Po raz pierwszy miałam przed sobą nieograniczoną przestrzeń. Poczułam się wolna, zupełnie jak wędrowcy z okresu średniowiecza, podróżujących na koniu.

W dole doliny mijaliśmy duże jezioro, podobno popularne miejsce wśród okolicznych rybaków. Jest to sztucznie stworzony zbiornik wody pitnej dla okolicznego miasteczka. Obecnie (może to nawet dobrze), jezioro stanowi krajobrazową atrakcję dla turystów i mieszkańców.

W trasę wyruszyły z nami również trzy psy mieszkające w stadninie. To byli nasi obrońcy, chociaż nie obyło się bez incydentu. Zew natury "kazał im" pogonić stado baranów. Najmłodszy łobuz prawie zagryzł małą owieczkę. Na szczęście, właściciel rzucił się w pogoń za psem i w ostatniej chwili zdołał uratować malucha.

Podczas jazdy zdarzyło się jeszcze kilka ciekawych wpadek, np. przechodziliśmy przez strumyk (nie mylić z rzeczką) i Castor postanowił popływać w wodzie do kostek. W pierwszej chwili nie wiedziałam czy się poślizgnął i przewraca, czy boi wody. - tak to właśnie wyglądało. Na szczęście nie było głęboko więc udało się go namówić na przejście na drugą stronę.

Ruszyliśmy dalej dróżką z piękną aleją drzew. Miejsce przypominało magiczny, bajkowy las owiany tajemniczą mgiełką. Idealne miejsce do kręcenia filmów "fantasy".

Naszą przygodę zakończyliśmy galopując polaną, pod górę, do stajni. Wspaniałe zakończenie niesamowitej przygody.

Po powrocie, okazalo się, że nie było nas ponad 2 godziny. Nie zdawałyśmy sobie z tego sprawy. Czas dla nas płynął zupełnie w innym tempie. Z "bananami" na twarzach opowiadałyśmy (a w zasadzie to ja cały czas mówiłam, bo mama z wrażenia nie odezwała się prawie przez całą drogę) jak było pięknie i strasznie zarazem.

Niestety nie miałyśmy ze sobą aparatu na przejażdżce ale udało nam się uchwycić kilka radosnych chwil w stajni.



Czekał nas jeszcze cudowny powrót krętymi, górskimi drogami. Zdążyło się już ściemnić zanim dotarliśmy.

To był naprawdę niesamowity dzień. Jakże przyjemnie się zasypia z takimi wspomnieniami. Mama zawsze mi powtarzała, że te obrazy i przeżycia, zostaną na zawsze w mojej głowie. Wspomnienia to jedyna rzecz, której nikt nam nie odbierze.


7 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

© 2020 by Rock And Sea.